Moja droga do stałej rezydentury (PR) w Kanadzie.

16 kwietnia wydarzyło się coś na czekałam bardzo, bardzo długo! Moja aplikacja o stałą rezydenturę w Kanadzie została rozpatrzona pozytywnie, a kilka dni później w mojej skrzynce e-mailowej wylądował „złoty” list zaczynający się od słów: „Z przyjemnością informujemy, że oficjalnie jesteś Stałym Rezydentem Kanady”.

Na PR (Permanent Residency), czyli Stałą Rezydenturę w Kanadzie czekałam od 16 Maja 2020, czyli dnia, kiedy złożyłam swoją pierwszą aplikację w programie Express Entry (w kategorii Canadian Experience Class).

Posiadanie PR to niewyobrażalna ulga. Nie muszę martwić się już o zmiany wiz, mam podobne prawa jak kanadyjscy obywatele (oczywiście poza prawem do głosowania i posiadaniem kanadyjskiego paszportu), mogę wrócić do szkoły i nie płacić podwójnej/potrójnej stawki za czesne jak międzynarodowy student.


Jak zatem krok po kroku wyglądała moja emigracja do Kanady? Od pierwszego wyjazdu na IEC, aż po Stałą Rezydenturę.

IEC.

W lipcu 2017 roku przyleciałam do Toronto dzięki programowi IEC (International Experience Canada) w kategorii Working Holiday. Więcej o tym programie możecie poczytać w tym wpisie.

Gdy moje pozwolenie na pracę powoli zbliżało się do wygaśnięcia, w czerwcu 2018 roku złożyłam aplikację o zmianę statusu na turystyczny. Chciałam wykorzystać mój work permit i pracować do ostatniego dnia, by później wybrać się w podróż i odkrywać Kanadę. Na statusie turystycznym pozostałam do września 2018 roku i wróciłam do Polski. Nie na długo.

3 miesiące później ponownie siedziałam w samolocie lecącym do Toronto, tym razem jako turysta z zamiarem znalezienia oferty pracy, a następnie aplikowania po raz drugi o IEC, w kategorii Young Professionals.

*Polscy obywatele mogą skorzystać z programu dwa razy pod warunkiem, że pierwszy i drugi raz nie będą podpadać pod tę samą kategorię. Kategorie są trzy: working holiday, young professionals i co-op). Ponadto, pomiędzy pierwszym work permit, a aplikacją o drugi musi upłynąć przynajmniej 6 miesięcy przerwy.

Na początku lutego 2019 roku znalazłam pracodawcę, który przystał na warunki programu i zaoferował mi zatrudnienie. Cała aplikacja w kategorii Young Professionals trwała ponad 2 miesiące. Końcem kwietnia 2019 roku otrzymałam swoje drugie (roczne) pozwolenie na pracę w Kanadzie. To zatrudnienie było dla mnie niezwykle ważne, ponieważ doświadczenie i liczba przepracowanych godzin dawała mi przepustkę do aplikowania o PR.

Kolekcjonowanie dokumentów.

We wrześniu 2019 roku będąc na wakacjach w Polsce odwiedziłam swoje byłe uczelnie, po to by zebrać potrzebną dokumentację i wysłać ją do WES (World Education Services) w celu ewaluacji moich polskich dyplomów. Dzięki tej ewaluacji zyskałam dodatkowe punkty w programie.

Aplikowałam również o zaświadczenie o niekaralności z Polski.

W marcu 2020, dosłownie na kilka dni przed pierwszym lockdownem przystąpiłam do egzaminu z języka angielskiego – CELPIP.


Aplikowanie o PR.

W kwietniu 2020, gdy upłynął dokładnie rok odkąd rozpoczęłam pracę na nowym stanowisku założyłam profil na stronie rządowej Kanady i czekałam na „zaproszenie” do aplikowania o Stałą Rezydenturę.

* Jak już wspomniałam wcześniej, aplikowałam przez program Express Entry w kategorii CEC (Canadian Experience Class).  Program Express Entry ma jeszcze dwie inne kategorie: Federal Skilled Worker i Federal Skilled Trades. Więcej o programach, ich porównaniu I wymogach możecie poczytać tutaj.

Osoby aplikujące o Stałą Rezydenturę poprzez Express Entry zbierają punkty za m.in. wiek, edukację, doświadczenie zawodowe czy wyniki z egzaminu językowego. Następnie, co kilka tygodni (obecnie przez pandemię różnie to bywa, odstępy bywają dłuższe lub krótsze) IRCC wysyła zaproszenia do aplikowania o Rezydenturę do osób z największą liczbą punktów.

Ja swoje pierwsze zaproszenie otrzymałam dosłownie 2 dni po tym jak otworzyłam profil na canada.ca. Większość dokumentów miałam przygotowanych, jedyne czego mi wtedy brakowało to zdjęcie oraz badania medyczne. Dwa tygodnie później klikałam przycisk „submit” w swojej aplikacji i zaczął się czas czekania. Generalnie aplikacje Express Entry rozpatrywane są do 6 miesięcy. Niestety, obecnie przez pandemię proces ten znacznie się wydłużył.

Odrzucona aplikacja i podejście numer 2.

Niestety, na początku lipca otrzymałam e-mail informujący mnie o tym, że moja aplikacja została odrzucona. Powodem był brak angielskiego tłumaczenia mojego zaświadczenia o niekaralności z Polski.

Szok i niedowierzanie. Do aplikacji załączyłam przecież zaświadczenie o niekaralności wraz z angielskim załącznikiem, który od niedawna można pobrać z sądu. Nie podejrzewałam, że to tłumaczenie nie zostanie zaakceptowane, bo takiego też tłumaczenia użyłam składając moją poprzednią aplikację o IEC. Teraz już wiem, że lepiej nie ryzykować i zaświadczenia najlepiej jest tłumaczyć wyłącznie u certyfikowanych tłumaczy.

W połowie lipca złożyłam nową aplikację. Zaproszenie dostałam na początku sierpnia, a magiczny przecisk „submit” przycisnęłam po raz drugi dokładnie 26 sierpnia.

Minęło 7 długich miesięcy…


16 kwietnia zalogowałam się do swojego profilu na canada.ca i moje serce na chwilkę stanęło. Zobaczyłam aktualizację na profilu, z której wynikało, że aplikacja została zaakceptowana!

Kilka dni później otrzymałam na skrzynkę mailową oficjalny list, który obecnie jest moim dowodem Stałej Rezydentury, zanim pocztą otrzymam faktyczną kartę PR.


I co dalej?

Aktywacja Stałej Rezydentury wygląda różnie. Aktualnie, przez pandemię osoby, które aplikowały z Kanady nie muszą przechodzić tzw. landing interview. Ja zostałam jedynie poproszona o wysłanie do IRCC jednego zdjęcia ( z datą i pieczątką fotografa) oraz kopii listu, który dostałam mailowo potwierdzający przyznanie mi rezydentury. Niektóre osoby przechodzą ten proces całkowicie online: dostają od IRCC login do nowo powstałego portalu, tam ładują zdjęcie i resztę dokumentów.


Nie jestem osobą kompetentną, by udzielać rad na temat prawa imigracyjnego w Kanadzie, ale jeśli macie jakieś pytania dotyczące IEC lub aplikacji o PR, chętnie podzielę się swoją wiedzą i doświadczeniem. Możecie śmiało zadawać pytania pod tym postem!

Toronto na małym ekranie, czyli szukamy znajomych miejsc w serialowych kadrach.

Jakiś czas temu pojawił się tutaj post o filmach, które kręcone były w Toronto. Jak łatwo możecie się domyślić, miasto to jest nie tylko popularne wśród producentów filmów, lecz także seriali.

Akcja niektórych toczy się w Toronto i tutaj też są nagrywane. Ale często zdarza się, że akcja danego serialu rozgrywa się kompletnie gdzie indziej np. w Nowym Jorku, a sceny kręcone są właśnie w Toronto.


Zapewne zastanawiacie się teraz, które z Waszych ulubionych pożeraczy czasu realizowane były/są w Toronto.  Oto i one:

1. Gambit Królowej (ang. Queen’s Gambit).

Jeden z ostatnich hitów Netflixa, który przywrócił świetność grze w szachy, częściowo kręcony był w Toronto.

Moje mniej lub bardziej bystre oko wyłapało jedną ze scen od razu. Została ona nagrana tuż przy Berczy Park, który jest jednym z moich ulubionych miejsc w centrum Toronto.

Niektóre ze scen kręcone były także w pobliskim Cambridge.

2. Opowieść Podręcznej (ang. The Handmaid’s Tale).

Serial powstał na podstawie książki o tym samym tytule, znakomitej kanadyjskiej pisarki, zdobywczyni nagrody Nobla: Margaret Atwood.

Trzy sezony serialu (czwarty sezon jest w produkcji) również kręcone były w Toronto, a także w pobliskich Cambridge i Hamilton.

Oto niektóre z lokalizacji:

  • Ripley’s Aquarium.
  • Kawiarnia Bonjour Brioche.
  • City Hall.
  • Stacja Bay Lower. ***Ciekawostka: stacja ta nigdy nie została oddana do użytku i bardzo często wykorzystywana jest w filmach i serialach.
  • Fairmont Royal York Hotel.
  • Little America – The Espalanade.
  • St. Lawrence Market.
  • Stacja metra Dufferin.
  • Lotnisko Pearson.
  • Rosedale’s Glen Road Bridge.
  • Humber College, Lakeshore Kampus.
  • Allan Gardens Park.

3. W garniturach (ang. Suits).

Akcja serialu toczy się w Nowym Jorku, ale serial praktycznie w całości zrealizowany został w Toronto. Dokładnie w tzw. Financial District – Dzielnicy Biznesowej w Toronto.

Bay Street

Balzac’s Coffee

4. Kim’s Convenience.

Ten serial o kanadyjsko-koreańskiej rodzinie, prowadzącej sklep w Toronto zyskał sporą popularność, przynajmniej tutaj w Kanadzie.

Tytułowy Kim’s Convenience to prawdziwy sklep znajdujący się na Queen Street East w Toronto, niedaleko skrzyżowania z Sherbourne Street.

5. Hannibal.

Tym razem Toronto i jego okolice imitowały miasto Baltimore w stanie Maryland w USA.

Poniżej znajdziecie kilka lokalizacji z pierwszego i drugiego sezonu serialu.

  • Kampus Univeristy of Toronto w Scarborough.
  • Black Creek Pioneer Village
  • Dom znajdujący się na ulicy Simcoe, naprzeciwko Roy Thompson Hall.
  • Supermarket No Frills przy Dundas and Landsdowne.
  • Casa Loma.

6. The Umbrella Academy.

Ten amerykański serial o superbohaterach w większości filmowany był w Hamilton oraz w Toronto.

Oto kilka lokalizacji w Toronto:

  • Wallace Emerson Community Centre
  • Stara restauracja przy 1187 Queen Street  West
  • Massey Hall
  • Elgin Theatre
  • Royal Conservatory of Music
  • Queen Street East, okolice Moss Park
  • Queen’s Mini Mart (1666 Queens Street West).
  • East Thirty Six (36 Wellington Street East).
  • Allen Gardens

7. Ania, nie Anna (ang. Anne with an E).

Nowa interpretacja „Ani z Zielonego Wzgórza” podzieliła jej fanów. Jedni ją uwielbiają, inni z kolei uważają za kompletny nie wypał. Bez względu, którą grupą jesteście (a może żadną z nich?) prawdopodobnie nie wiecie, że serial ten jest prawie w całości kręcony w Ontario, w okolicach Toronto.

Poniżej znajdziecie przykładowe lokalizacje:

  • Black Pioneer Village, Toronto
  • Pickering, Ontario
  • Millbrook, Ontario

8. The Boys

Serial o superbohaterach jest kolejnym przykładem produkcji, której akcja toczy się w Nowym Jorku, ale w rzeczywistości kręcona jest w Toronto.

Przykładowe lokalizacje pojawiające się w serialu:

  • George Street Dinner
  • Regent Park
  • Queens Park
  • Sneaky Dee’s
  • Roy Thompson Hall
  • Grinder Coffee

I wiele wiele innych.

9. Orphan Black.

Ostatni na mojej liście to serial science-fiction, którego głównymi bohaterami są: młoda kobieta, Sarah Manning oraz jej … klony. Tym razem Toronto nie podszywa się pod żadne inne miasto, jest sobą.

Lokalizacje z serialu:

  • Cameron House
  • Graffiti Alley
  • Thompson Diner i hotel
  • Bridgepoint Health Centre
  • budynek Corus Quay
  • Bathurst Bridge

Inne seriale, które kręcone były w Toronto lub jego okolicach:

  • Pracujące mamy (ang. Workin’ Moms)
  • Detektyw Murdoch (ang. Murdoch Mysteries)
  • See
  • Shitt’s Creek
  • Kochane kłopoty (ang. Gilmore Girls) ! Okej, może nie dokładnie w Toronto, ale zaledwie 32 km na północ – w Unionville.

Po tej lekturze, gdy będziecie oglądać któryś z powyższych tytułów, możecie uważnie śledzić i wyłapywać znane już Wam miejsca!

Świąteczne dekoracje w Toronto.

Ten post jest uzupełnieniem artykułu, który napisałam dla portalu Kanada po polsku: Świąteczne Toronto. Od momentu publikacji wpadłam na kilka nowych miejscówek, które chciałabym Wam polecić.

Zatem jeśli jesteście z Toronto lub okolic i szukacie miejsc z dekoracjami świątecznymi na wieczorne spacery lub przejażdżki, to koniecznie zapoznajcie się z listą poniżej!


Kringlewood/ Inglewood Drive.

Od siedmiu lat mieszkańcy ulicy Inglewood Drive, w okresie świątecznym stawiają przed swoimi domami gigantyczne dmuchane Mikołaje. W tym roku aż 60 domów wzięło udział w tradycji, czyli o 10 więcej niż rok temu.

Okolica Greenwood Ave & Torbrick Rd.

Troszkę na południe od Danforth znajduje się okolica, której mieszkańcy, z kolei postawili na … dmuchane lamy! Wszystko zaczęło się od jednego z mieszkańców, który wystawił przed dom kupioną w Black Friday dmuchaną lamę z napisem: Fa la la llama. Pomysł tak spodobał się jego sąsiadom, że poszli oni w jego ślady. W rezultacie ponad 20 fa la la llam dekoruje podwórka w tej okolicy.

Dom na Brock Avenue.

Właściciel domu na Brock Avenue, idąc tokiem „im więcej tym lepiej” co roku przechodzi samego siebie z dekorowaniem domu. Jest to chyba jedna z najbardziej świątecznych posesji w całym Toronto, którą warto zobaczyć.

Dokładny adres: 188 Brock Ave.

Dzielnica Finansowa w centrum Toronto.

Ta okolica, która w czasach przed pandemią pękała w szwach, od marca świeci pustkami. Większość finansistów i innych pracowników wysokich biurowców w centrum miasta zostało zmuszonych pracować z domu. Mimo to, w świątecznym duchu, na początku grudnia postawiono kilka dekoracji w okolicy, jak na przykład te oto choinki, pomiędzy King Street West & Welllington Street West (TD Centre).

Sweaters n’ Snowflakes Pop Up Market.

Ten świąteczny market na rogu Bathurst & Richmont działa tylko od 10 do 27 grudnia. Market jest na otwartej przestrzeni, więc działa całkiem legalnie. Zgodnie z obowiązującymi restrykcjami ilość osób znajdujących się na jego terenie jest limitowana.

Market jest otwarty 17-21 od poniedziałku do piątku oraz 15-21 w weekendy.

Dokładny adres to: 621 Richmond St.

Nathan Phillips Square.

Oczywiście na najpopularniejszym placu w Toronto również stanęła piękna choinka. Tuż obok niej znajduje się spore odkryte lodowisko, na którym oczywiście obowiązuje limit 25 osób na lodzie oraz wcześniejsze rezerwacje poprzez stronę internetową (tutaj).

Eaton Centre.

W Eaton Centre znajduje się najwyższa choinka w Toronto: wysoka na prawie 32 metry. Niestety, galeria nadal pozostaje zamknięta, więc o ile nie zamówiliśmy czegoś online z jednego ze sklepów i zdecydowaliśmy się na odbiór osobisty, do galerii nie zostaniemy wpuszczeni. Na szczęście jest jeszcze jedna cudowna dekoracja świąteczna na zewnątrz Eaton Centre. Uroczy tunel światełek znajduje się na tyłach galerii od strony Bell Trinity Square.

Wystawa okienna w Crow’s Theatre (Dundas & Carlaw).

W tym roku teatr Crow na rogu ulic Dundas i Carlaw zamienił swoje okna w przepiękną wystawę. Jej autorami są: Soyeon Kim, Jareth Li oraz odpowiedzialny za oprawę muzyczną David Mesiha. W soboty oraz niedziele (od 16 do 20) sąsiednia restauracja Gare de l’Est oferuje pyszne gorące napoje (m.in. grzane wino oraz gorącą czekoladę).

Dokładny adres: 345 Carlaw Avenue.

Junction Window Wonderland.

W tym roku po raz pierwszy okolica Junction zorganizowała interaktywną wystawę świąteczną wykorzystując witryny sklepowe. Jest to coś nowego i wyjątkowego, dlatego warto to zobaczyć.

Jednak zanim się wybierzecie polecam pobrać aplikację Augle, dzięki której będziecie mogli zobaczyć wystawę w interaktywnym wydaniu.

Adres: 2978 Dundas St W.

Shops at Don Mills.

Tutaj trafiłam całkiem przez przypadek, bo przecież Toronto i okolice nadal pozostają w zamknięciu. Jednak po drodze na wieczorną przejażdżkę po Bridle Path, zjechaliśmy po gorącą kawę do Starbucks i tak natknęliśmy się na całkiem ładne dekoracje. Dużym plusem tego miejsca jest to, że jak łatwo się domyślić: świeci pustkami.


Po więcej zapraszam Was do lektury artykułu na Kanada po polsku: Świąteczne Toronto.


Na koniec, chciałabym życzyć Wam magicznych Świąt w tym szalonym czasie!

Ostatni przystanek w podróży przez Kanadę – Vancouver.

Ostatnim przystankiem mojej (wtedy jeszcze myślałam, że pożegnalnej) podróży po Kanadzie było Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej. Wcześniej słyszałam tak wiele pozytywnych opinii na temat tego miejsca, że przysłowiowa poprzeczka została postawiona dość wysoko. Na szczęście Vancouver mnie nie rozczarowało.

Tym razem jako środek transportu wybraliśmy autobus. Bilet na trasie Jasper – Vancouver kosztował nas 120CAD (od osoby), a sama podróż trwała 12 godzin, wliczając dwugodzinną przesiadkę w Kamloops. Zapewne podróż pociągiem jest dużo bardziej atrakcyjniejsza, pozwala na przyjemniejszą, dużo wolniejszą obserwację trasy i zachwycanie się widokami, ale podróż autobusem mimo, że mniej wygodna nie pozostaje daleko w tyle.

Do Vancouver dotarliśmy późny popołudniem, dlatego tego dnia odpuściliśmy zwiedzanie i  postawiliśmy jedynie na wieczorny spacer po okolicy oraz kolację. Naszym celem było naładowanie baterii na następne dwa dni.

Zatrzymaliśmy się w The Buchan Hotel, który znajdował w bliskiej odległości do Stanley Park, a także English Bay. Za trzy noce zapłaciliśmy 345CAD, czyli całkiem przyzwoicie. Całościowo hotel był bardzo w porządku, a dobra lokalizacja była dodatkowym atutem. Oceniłabym go 8/10.


Granville Island

Przed naszą podróżą zapytaliśmy osobę, która wcześniej przez jakiś czas mieszkała w Vancouver jakie miejsce jest jej zdaniem totalnym must see. Usłyszeliśmy: Granville Island. I to był strzał w dziesiątkę.

Jeśli lubicie dobre jedzonko, unikatowe sklepy, pyszne jedzenie, muzykę i lokalne piwo to jest to również i Wasz must see w Vancouver. My się kompletnie zauroczyliśmy.

Dotrzeć tam możecie zarówno pieszo (tak jak my), samochodem, autobusem lub aquabusem (więcej możecie znaleźć tutaj).

Gastown

Dzielnica Vancouver, która zaraz po Granville Island spodobała nam się najbardziej to Gastown, czyli najstarsza cześć miasta. Gastown przepełnione jest interesującymi butikami, restauracjami oraz kawiarniami. Może spodobało mi się tam tak bardzo dlatego, że jego wiktoriańskie budynki przypominają te europejskie, a przecież wszystko to co przypomina dom na emigracji jest wspaniałe. Zgodzicie się ze mną?

Bezsprzeczną atrakcją numer jeden w Gastown jest Steam Clock, czyli zegar parowy. Zaprojektowany oraz skonstruowany przez Raymonda Saundersa w 1977 roku zegar ten jest uznawany za jeden z najstarszych tego typu na świecie. Co 15 minut turyści mogą posłuchać wydobywającej się z niego muzyki oraz obserwować unoszące się obłoki pary.

English Bay

Będąc w Vancouver polecam wybrać się na spacer po English Bay. Podczas spaceru Waszą uwagę z pewnością przykuje Inukshuk, który widnieje na wielu pocztówkach z Vancouver. A co to takiego? Jest to kamienna rzeźba stworzona przez Alvina Kanaka i postawiona w zatoce w 1987 roku. Inukshuki, czyli „kamienni ludzie” stawiani byli przez Inuitów, w celach nawigacyjnych i informacyjnych. Inukshuki miały wskazywać drogę plemionom w czasie polowań oraz informować ich o niebezpieczeństwach.

Stanley Park

Na zwiedzanie Stanley Park zdecydowanie polecamy wynająć rowery. Oczywiście, jeśli macie więcej czasu niż my i bardzo długie spacery Wam nie straszne to nic nie stoi na przeszkodzie, by pokonać go pieszo. Jednak rowery dają tę swobodę zatrzymywania się we wszystkich tych miejscach, które przypadły nam do gustu i zrobienia miliona zdjęć bez presji czasu. Zresztą Ci którzy lubią jazdę na rowerach z pewnością docenią nadbrzeżne ścieżki rowerowe.

Kitsilano Beach

Ta plaża bardzo często porównywana jest do plaż w Los Angeles. Dlaczego? Nie mam pojęcia! Może ktoś z Was wie? Dajcie znać.

Mimo, że nie widziałam w Kitsilano Beach żadnego podobieństwa do kalifornijskich plaż, jest to zdecydowanie jedna z przyjemniejszych miejskich plaż, na której byłam. Rozpościera się z niej piękny widok na English Bay oraz Stanley Park.

Dr. Sun Yat-Sen Chinese Garden

Do tego ogrodu botanicznego wybraliśmy się tylko dlatego, że znajdował się w większości przewodników po Vancouver. I powiem tak: jest to bardzo przyjemne miejsce, warte odwiedzenia jeśli w Vancouver mieszkacie lub przyjechaliście tam na dłuższy wypoczynek. Ale jeśli spędzacie tam jednie 2-3 dni, nie zawracałabym sobie nim głowy. Ciekawy fakt o tym miejscu jest taki, że ten chiński ogród był pierwszym na świecie tego typu miejscem stworzonym poza Chinami.


I trochę więcej zdjęć:


Do Toronto wróciliśmy samolotem, korzystając z linii WestJet.


Podsumowując, cała moja podróż przez Kanadę była niesamowitym przeżyciem. Udało mi się troszeczkę bardziej zrozumieć Kanadę i stworzyć sobie jej lepszy obraz nie tylko bazując na Toronto, ale i innych częściach tego ogromnego kraju. To nie jest tak, że odbyłam tę podróż i wszystko co zobaczyć miałam już zobaczyłam. Wręcz przeciwnie. To był tylko przedsmak tego co ten kraj ma do zaoferowania. Chcę więcej, bo przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda?  


Do każdego z odwiedzonych miejsc wróciłabym bez mrugnięcia okiem, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja, bo wszystkie były piękne i wyjątkowe, każde na swój własny sposób. Ale gdyby ktoś zapytał mnie, które miejsce szczególnie przypadło mi do gustu, bez zastanowienia powiedziałabym, że jest to Wyspa Księcia Edwarda. W tym miejscu zakochałam się jeszcze zanim je odwiedziłam. Nie rozczarowało mnie ono ani odrobinę. Cisza, życie wolniej płynące i przepiękne krajobrazy skradły moje serce na dobre. Także Wyspie Księcia Edwarda zdecydowanie nie powiedziałam „do widzenia”. To było 100 procentowe: „do zobaczenia następnym razem”. Może już niebawem!

Parki Narodowe Banff i Jasper oraz podróż przez niesamowitą Icefields Parkway.

Z pociągu wysiedliśmy w późne niedzielne popołudnie w Jasper. Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście do hotelu. Po trzech dniach i trzech nocach w podróży, nie marzyliśmy o niczym innym jak o długim prysznicu.

Pierwszą noc spędziliśmy w The Athabasca Hotel w centrum Jasper. Hotel ten zaliczyłabym do tych wartych polecenia jeśli podróżujecie z ograniczonym budżetem, cenicie sobie wygodę i czystość, a nie super luksusy. W skali 1-10, przyznaję mu 7. Za pokój na jedną noc zapłaciliśmy 130CAD.

Na kolejne trzy noce zarezerwowaliśmy Timberland Hotel w miejscowości Hinton, która oddalona jest od Jasper o około 70 kilometrów. Tam z kolei za dwie noce zapłaciliśmy 170CAD. Jest to typowy przydrożny hotel, przyzwoicie czysty, aczkolwiek miał on w sobie coś takiego, że nie czułam się tam 100% bezpiecznie. W mojej skali zasłużył jedynie na 4.


Wypożyczenie samochodu.

Coś co nas bardzo zaskoczyło w Jasper to bardzo krótkie godziny otwarcia wypożyczalni samochodów. Ze względu na to, że na miejsce przybyliśmy w niedzielne popołudnie, musieliśmy czekać do następnego dnia, by odebrać nasz wcześniej zarezerwowany samochód.

Wypożyczalnia Enterprise znajduje się na stacji kolejowej, więc nie jest trudno ją zlokalizować. Ze względu na krótkie godziny otwarcia, dostępna jest opcja „drop off after hours”, czyli możemy oddać samochód również po zamknięciu wypożyczalni. W takiej sytuacji parkujemy samochód na parkingu Enterprise, a klucz wrzucamy do specjalnej skrzynki znajdującej się na stacji kolejowej. Niestety, stacja również zamykana jest dość wcześnie, bo około godziny 18, więc i dostęp do skrzynki jest ograniczony. Na szczęście firma wychodzi klientom naprzeciw i klucz do samochodu możemy zostawić także na czynnej całą dobę recepcji hotelu Whistlers Inn, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. Właśnie to udogodnienie uratowało nasz ostatni wieczór w Albercie, ale o tym później.


W trakcie naszej wizyty w Jasper udało nam się zobaczyć między innymi:

Maligne Canyon

Długość trasy: Około 4 km.

Czas: 1-2 godziny.

Valley of the Five Lakes

Długość trasy: 4.5 km.

Czas: 1.5 – 2 godzin.

Sulphur Skyline Trail

Długość trasy: 4 km w jedną stronę.

Czas: 4 – 6 godzin.

*Jest to dość trudna górzysta trasa. Końcowy odcinek jest szczególnie stromy.

Athabasca Falls

Długość trasy: około 1 km.

Czas: 20 minut.

Patricia Lake

Długość trasy: około 5 km jeśli chcecie okrążyć jezioro.

Czas: 1.5 godziny.


Po czterech dniach w Parku Narodowym Jasper ruszyliśmy w kierunku Banff. Droga z Jasper do Banff nie należy do zwyczajnych tras. Uznawana jest ona za jedną z najpiękniejszych na świecie. Icefields Parkway, bo tak się ona nazywa, ciągnie się przez 230 kilometrów i w zasadzie można ją już pokonać w nieco ponad trzy godziny. Jednak uwierzcie mi, że widoki są tak niesamowite, że będziecie chcieli zatrzymywać samochód średnio co 5-10 minut. By zobaczyć wszystkie piękne miejsca na tej trasie, myślę, że potrzeba 2-3 dni.

My przeznaczyliśmy na to tylko jeden dzień. Mimo, że zatrzymywaliśmy się bardzo często, mam spory niedosyt, że i tak nie zobaczyłam tego wszystkiego co chciałam.

Dłuższe przystanki po drodze z Jasper do Banff, które zrobiliśmy to:

Bow Lake

Columbia Icefield

To skupisko lodowców o łącznej powierzchni 325 kilometrów kwadratowych jest według mnie jednym z najciekawszych oraz najpiękniejszych miejsc na trasie Icefield Parkway. Zwiedzający mają szereg propozycji do wyboru. Można spokojnie przespacerować się po kawałeczku Athabasca Glacier (kto z Was nigdy nie chciał postawić nogi na lodowcu!?) lub kupić bilet na autobus, którym udacie się na przejażdżkę po lodowcu. Niedaleko znajduje się również platforma obserwacyjna ze szklaną podłogą, na którą wstęp kosztuje 25CAD.   

Lake Louise


Z racji, że Banff jest miasteczkiem bardzo popularnym, ceny za noclegi są dość wygórowane. Dlatego znowu zdecydowaliśmy się spać trochę dalej, w miasteczku Canmore oddalonym od Banff o około 34 kilometry. Wybraliśmy The Big Horn Motel i za dwie noce zapłaciliśmy nieco ponad 300CAD. Hotel ten był czysty, a dla mnie to jeden z najważniejszych czynników, dzięki któremu zapomniałam już o niezbyt atrakcyjnym pokoju. Oceniłabym go na 5.

W trakcie naszej krótkiej wizyty w Banff (tylko dwa dni) oprócz spacerów po mieście udało nam się zobaczyć:

Grassi Lakes

Długość trasy: 4.5 kilometra

Czas: 1.5 – 2 godziny.

Lake Minnewanka

Ghost town – Bankhead

Cave and Basin National Historic Site

To miejsce, czyli jaskinię  z gorącymi źródłami warto odwiedzić głównie z jednego powodu: to tu narodziła się idea Parków Narodowych w Kanadzie. Kiedy w 1883 roku trzech pracowników kolei odkryło to miejsce, uznano, że warto je wykorzystać by przyciągnąć turystów. Tak też zrobiono, rok później otwarto budynek z basenem gorących źródeł. Dwa lata później Kanadyjski rząd, by uniknąć sprzedaży okolicznych gruntów pod komercjalny użytek, nadał temu miejscu nazwę Rezerwat Gorących Źródeł Banff. I tak właśnie w tym miejscu powstał pierwszy Park Narodowy w Kanadzie.


Po dwóch dniach spędzonych w Banff, wróciliśmy do Jasper, by oddać nasz samochód oraz wsiąść do autobusu zabierającego nas do Vancouver. Drogę powrotną przez Icefields Parkway pokonaliśmy szybciej, bez dłuższych przystanków. Nie obyło się jednak bez przygód. Mniej więcej w połowie trasy zaskoczyła nas śnieżyca. W sierpniu! Na szczęście śnieg padał tylko na mniej więcej 20 minutowym odcinku i reszta drogi do Jasper odbyła się bez większych przeszkód.

Tak jak wspomniałam wcześniej, opcja „drop off after hours” i recepcja hotelu Whistlers Inn bardzo udogodniły nam nasz ostatni wieczór w Jasper. Na miejsce dotarliśmy wieczorem, a odjazd naszego autobusu do Vancouver zaplanowany był na godzinę 3 w nocy. Oczywiście,  wynajmowanie pokoju na kilka godzin nie miało większego sensu, więc postanowiliśmy te ostatnie chwile spędzić gdzieś w restauracji bądź barze. Na nasze nieszczęście większość biznesów zamyka się (bądź zamykało, może teraz się to zmieniło) około godziny 22-23. Jak łatwo policzyć, nadal zostało nam około 4-5 godzin czekania na autobus, a stacja kolejowo- autobusowa oczywiście była zamknięta. Z ratunkiem przyszedł samochód – ostatnie kilka godzin spędziliśmy oglądając filmy w samochodzie. Klucze podrzuciliśmy do recepcji około 2:30 w nocy i nie było to dla nich żadnym problemem.


*Musicie pamiętać, że opisuję tutaj podróż, którą odbyłam dwa lata temu. Ceny pokoi, godziny otwarcia oraz zasady wypożyczania samochodów mogły ulec zmianom.

**Nasza podróż do Jasper & Banff, a następnie do Vancouver miała miejsce tuż po wielkich pożarach w Kolumbii Brytyjskiej. Na niektórych zdjęciach (Lake Louise, Lake Minnewanka), można zauważyć zadymienie, które utrzymywało się przez kilka tygodni również nad częścią prowincji Alberta.

***Poruszając się zarówno po Parku Narodowym Jasper jak i Parku Narodowym Banff musicie posiadać Discovery Pass (roczny bilet wstępu na teren wszystkich Parków Narodowych w Kanadzie) lub wykupić National Park Day Pass już na miejscu. Więcej informacji na ten temat możecie znaleźć tutaj.


Następnym razem zabiorę Was do Vancouver, mojego ostatniego przystanku podróży po Kanadzie.

Z wizytą w Halifax oraz Saint John.

Moimi ostatnimi punktami wycieczki po wschodnim wybrzeżu Kanady były Halifax w prowincji Nowa Szkocja oraz Saint John w Nowym Brunszwiku. Na wstępie muszę przyznać, że o ile Halifax był strzałem w dziesiątkę, niestety wizyta w Saint John bez samochodu nie jest najlepszym pomysłem. Większość najpiękniejszych i interesujących miejsc znajduje się poza miastem, a dojazd do nich transportem publicznym jest praktycznie niemożliwy. Dlatego jeśli myślicie o odkrywaniu Nowego Brunszwiku, koniecznie rozważcie wynajęcie samochodu jeśli nie podróżujecie swoim.


Halifax.

Podróż autobusem z Charlottetown do Halifaxu zajęła około 5 godzin z jedną krótką przesiadką w Amherst. Koszt biletu to niecałe 70CAD (Maritime Bus).

Zatrzymałam się w HI Halifax International Hostel i po raz kolejny miejsce należące do sieci HI Hostels okazało się trafnym wyborem. Za trzy noce w pokoju dzielonym zapłaciłam 110CAD.

Zatrzymując się w tym hostelu miałam niesamowite szczęście poznać ludzi, z którymi spędziłam większość czasu, wspólnie zwiedzając Halifax. Tak jak już wspominałam wcześniej, podróżowanie w pojedynkę niesie ze sobą wiele okazji do poznawania nowych, interesujących ludzi.

Halifax przywitał mnie oczywiście deszczowo. Nie byłam zdziwiona biorąc pod uwagę, że w tym mieście średnio połowę dni w roku pada deszcz. Jednak to nie tylko deszcz przykuł moją uwagę. To miasto było niezwykle spokojne. Niby rozbudowane i nieco bardziej wielkomiastowe niż Charlottetown, ale  mimo to czułam jakby czas się w nim zatrzymał. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu.

Pierwsze co zrobiłam po zakwaterowaniu się w hostelu to wybrałam się na spacer wzdłuż Halifax Waterfront i mimo siąpiącego deszczu, spacer w takich okolicznościach miał swój urok.

Będąc w okolicy Watefront warto wstąpić do Pier 21, czyli kanadyjskiego muzeum emigracji. To tutaj aż do 1971 roku przybijały statki z emigrantami na pokładzie. To w tym miejscu przechodzili oni kwarantannę, a następnie byli rozsyłani po całej Kanadzie.

Koszt wstępu do muzeum dla osoby dorosłej to 13CAD.

Ciekawostka: po wojnie duży odsetek emigrantów stanowiły kobiety, które zakochane w żołnierzach służących na europejskich frontach, przypłynęły do Kraju Klonowego Liścia za ukochanymi.

Będąc przy wybrzeżu warto przepłynąć się statkiem z portu w Halifax (Alderney Ferry) do centrum Dartmouth. W trakcie krótkiej podróży można podziwiać całkiem niezły widok na Waterfront Halifax. Cena biletu to 2.50CAD w jedną stronę.

Będąc po drugiej stronie brzegu, w Dartmouth warto wybrać się do The Alderney Landing Market, który znajduje się tuż przy terminalu. Oprócz stałych straganów z lokalnymi dobrociami, w weekendy możecie trafić na Farmers Market. Poza tym jeśli nie macie w planach zagłębiać się dalej w miasto, warto poświęcić, krótką chwilę na Ferry Terminal Park, który również znajduje się zaledwie kilka kroków od portu. Polecam wybrać się tam rano, po drodze kupić pyszną kawę w lokalnej kawiarni i usiąść na ławce w parku z widokiem na miasto Halifax.

Koniecznie wybierzcie się na spacer w kierunku Halifax Citadel National Historic Site, z którego rozpościera się widok na centrum miasta. Jeśli pogoda jest ładna to zachód słońca z tego miejsca robi wrażenie. Poza tym oczywiście biorąc pod uwagę historyczne znaczenie tego miejsca, warto wybrać się na małe zwiedzanie – wokół, ale również i w środku. XIX wieczne fortyfikacje, wybudowane przez Brytyjczyków na wzgórzu, po dziś dzień odwiedzają liczne rzesze turystów.

Będąc w okolicach fortu, warto odwiedzić również Public Gardens.

Dla tych, którzy szukają spokojnego miejsca do odpoczynku z dala od turystów polecam Chocolate Lake. Znajduje się ono około 5-6km od centrum Halifax i bez problemu można się tam dostać na rowerze!

Uwaga, wskazówka! W Halifax możecie wypożyczyć rowery totalnie za FREE! Emera Oval oferuje wynajem rowerów, rolek oraz innego sprzętu za darmo. Jedynym warunkiem jest pozostawienie swojego dowodu tożsamości (ID, paszport, prawo jazdy) na czas wynajmu.

Pisząc o mieście Halifax trudno nie wspomnieć o tragedii, która wydarzyła się w 1917 roku i odcisnęła piętno na mieszkańcach tego atlantyckiego miasta. 6 grudnia w Zatoce Bedford Basin zderzyły się: francuski frachtowiec, po brzegi wyładowany materiałami wybuchowymi oraz belgijski statek. 20 minut po zderzeniu nastąpił wybuch, który pozbawił życia około 2 tysięcy ludzi, ranił 9 tysięcy, a 600 odniosło obrażenia oczu. W promieniu 800 metrów wszystkie zabudowania zostały dosłownie zmiecione z powierzchni ziemi.

To bardzo smutne wydarzenie, jednak warto o nim wiedzieć wybierając się do Halifax. Spacerując ulicami tego miasta można wyczuć, że ta tragedia jest wciąż żywa wśród jego mieszkańców.

To również tutaj, w Halifax zostało pochowanych 150 ofiar katastrofy Titanica, który zatonął „zaledwie” 700 mil od brzegu miasta.


Peggy’s Cove.

Przyszedł czas na moje drugie ulubione (zaraz po Wyspie Księcia Edwarda) miejsce we wschodniej części Kanady, czyli Peggy’s Cove. Większość z Was może już kojarzyć to miejsce, bo jest iście pocztówkowe.

Latarnia w Peggy’s Cove jest najbardziej fotografowaną latarnią morską w Nowej Szkocji. Jej oryginalna drewniana wersja powstała w 1868 roku i kiedy ta została zatopiona, na jej miejsce wybudowano w 1915 roku tę oto znaną nam ze zdjęć.

Fenomenem tej latarni wzniesionej na granitowych głazach jest to, że nie trzeba mieć talentu fotograficznego, świetnego sprzętu i pół dnia zdjęciowego, by uwiecznić to cudo. Jej malownicze położenie robi robotę i trudno jest o złe ujęcie.

Jednak Peggy’s Cove to nie tylko latarnia morska. To przede wszystkim urocza, malutka wioska rybacka. Można ją spokojnie obejść w 20 minut, ale zauroczeni pięknem tego miejsca możecie spędzić tam dużo więcej czasu. Proste, kolorowe domki, rozrzucone sieci rybackie i łódki na brzegach proszą się o chwilę uwagi i tylko czekają by uchwycić je w kadrze.

Na przestrzeni lat wioska ta była w stanie zachować swój surowy, oryginalny charakter dzięki bardzo zaostrzonym przepisom regulującym zakup domu, gruntu i osiedlenie się. Dla osoby z zewnątrz jest to praktycznie niemożliwe, a wioskę zamieszkują rodziny, które mają tutaj swoje korzenie.

Jeśli nie podróżujecie samochodem, do Peggy’s Cove dotrzeć możecie autobusem wycieczkowym z Halifax. Koszt to 59CAD. Więcej informacji znajdziecie tutaj.


Saint John.

Po niezapomnianej wizycie w Nowej Szkocji przyszedł czas na krótką wizytę w Nowym Brunszwiku, a konkretniej w Saint John. Podróż autobusem z Halifaxu zajęła około 5 godzin i kosztowała mnie 80CAD (znowu Maritime Bus).

Zatrzymałam się w maluteńkim Newman House Hostel, który oferował najtańszy nocleg jaki udało mi się znaleźć w centrum miasta. Za dwie noce w pokoju dzielonym zapłaciłam 60CAD. Jednak miałam to szczęście , że oprócz mnie nikt inny w tym pokoju się nie zameldował, więc miałam go tylko dla siebie. Generalnie hostel ten nie był bardzo zły, ale też nie zaliczyłabym go do moich ulubionych. W skali 1 do 10, oceniłabym go na 5.

Już po kilku godzinach pobytu w Saint John wiedziałam, że popełniłam błąd zatrzymując się tam na trzy dni. To było zdecydowanie za dużo jeśli nie posiada się samochodu. Na miejsce dotarłam w niedzielę i większość sklepów oraz restauracji zastałam zamkniętych. Głodna i spragniona skierowałam swoje kroki do Tim Hortons i słowo daję, nigdy kawa, kanapka oraz zupa z tej sieciówki nie smakowały mi tak bardzo. Najedzona i optymistycznie nastawiona ruszyłam w miasto, by nie tracić cennego czasu. No cóż, mój zapał zgasł gdy zorientowałam się, że w ciągu godziny zobaczyłam w zasadzie wszystko co można było zobaczyć w tym mieście.

Rzeźby Johna Hooper.

Prace kanadyjskiego rzeźbiarza można znaleźć w wielu miejscach w Kanadzie oraz na świecie. Te w Saint John zostały wystawione w 1984 roku i po dziś dzień cieszą oczy mieszkańców oraz turystów.

Reversing Rapids, czyli miejsce gdzie prąd rzeki St. John zawraca i ponownie wpada do Zatoki Fundy to punkt, który warto zobaczyć będąc w Saint John. Żeby sprawdzić w jakich godzinach najlepiej zaobserwować to zjawisko zajrzyjcie tutaj. Za 15CAD możecie wejść na tzw. skywalk, czyli obserwatorium, z którego dzięki szklanej podłodze możecie oglądać zjawisko w pełnej okazałości.

Saint John City Market to jedyny market w mieście. Można zaopatrzyć się tam w żywność prosto od kanadyjskich farmerów i produkty ręcznej roboty od lokalnych artystów. Dzięki temu, że w mieście nie ma drugiego takiego miejsca, market ten jest unikalny nie tylko dla turystów, ale również i dla mieszkańców.

Jeśli szukacie ciszy, zieleni i wody to Rockwood Park jest miejscem wartym uwagi. Szczególnie polecam Lily Lake, które znajduje się tuż na krawędzi parku, od strony miasta.

Mimo, że Saint John mnie rozczarowało, nie wykluczam ponownej wizyty w tym mieście. Następnym razem jednak upewnię się, że wybiorę się tam samochodem, by w pełni odkryć uroki Nowego Brunszwiku. W końcu Zatoka Fundy to jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Kanadzie i nie spocznę dopóki nie zobaczę Hopewell Rocks.

Moje niezadowolenie mogło również wynikać ze zmęczenia. Saint John było moim ostatnim przystankiem podróży po wschodnim wybrzeżu Kanady. Dwa tygodnie spania w hostelach, wielogodzinnych podróżach autobusami oraz bardzo intensywnym zwiedzaniu myślę, że dopadło mnie też zmęczenie materiału i ciężko było zadowolić moje oczekiwania.


Do Toronto wróciłam samolotem. Lot Air Canada kosztował mnie nieco ponad 200CAD.

Kolejny etap mojego poznawania Kanady to 3 dniowa podróż pociągiem z Toronto (Ontario) do Jasper (Alberta)!    

14 rzeczy, które powinieneś wiedzieć zanim zamieszkasz w Toronto.

Są takie rzeczy, które każdy przed przeprowadzką do Toronto wiedzieć powinien.

  1. Po pierwsze – wielokulturowość.

Toronto jest w światowej czołówce miast pod względem wielokulturowości. Według danych z 2016 roku, 51,2% osób mieszkających w Toronto to osoby, które urodziły się poza Kanadą. Mieszkańcy tego miasta mówią w ponad 170 językach świata i reprezentują ponad 250 kultur. Robi wrażenie, co?

Dokładnie pamiętam reakcję moją i mojej przyjaciółki, kiedy po raz pierwszy po przylocie do Toronto, zdałyśmy sobie sprawę, jak bardzo to miasto jest różnorodne narodowościowo. Przeżyłyśmy taki szok, że nawet rozważałyśmy przeprowadzkę do innego miasta w Kanadzie. Na szczęście do tego nie doszło i obie szybko zaczęłyśmy dostrzegać w tej różnorodności same plusy.


  1. Po drugie, rozrywka.

Toronto to miasto, w którym nie da się nudzić. Słowo honoru. No chyba, że chcesz się nudzić, to wtedy się da.

Zimą miłośnicy sportów zimowych, a szczególnie jazdy na łyżwach lub hokeja mogą wybierać aż spośród 110 lodowisk! Część z nich znajduje się w halach sportowych, a druga część pod chmurką. Jesteś fanem nart/snowboardu? Wskakuj w samochód i po dwóch godzinach jazdy znajdziesz się na jednym ze stoków w Blue Mountain.

Śnieg i minusowe temperatury to nie Twoje klimaty? To nie problem, możesz wybierać spośród 50 kin, rozsianych po całym Toronto i najbliższej okolicy, długiej listy muzeów, czy jeszcze dłuższej listy restauracji i kawiarni. Lubisz kryminały i zagadki? W Toronto jest mnóstwo świetnych escape roomów. Kręcą Cię gry planszowe? Możesz odwiedzić jedną z wielu board game coffee shops, czyli kawiarni, w których w trakcie picia kawki, herbatki lub czegoś wyskokowego możecie wypożyczyć gry planszowe i grać do woli.

Latem roi się od festiwali, na których celebruje się kultury i smaki całego świata. I tak mamy m.in. festiwal grecki, polski, chiński, ukraiński, czy tak bardzo popularny i kolorowy – karaibski.

Temat rozrywki w Toronto to temat rzeka. Można pisać w nieskończoność o klubach, w których możemy rzucać siekierą do tarczy, restauracjach, w których jemy z zamkniętymi oczami, czy polach do mini golfa. Tak, to jest zdecydowanie temat na osobny wpis!


  1. TTC, czyli komunikacja miejska.

Torontończycy żartobliwie rozwijają skrót TTC jako Take The Car. Komunikacja miejska w tym mieście jest bardzo rozbudowana, jednak mimo to nie zawsze można na niej polegać. Wystarczy mała awaria w metrze, by sparaliżować całe miasto. Z kolei tory tramwajowe niestety, często nie mają odrębnego pasa i dzielą ulicę z samochodami, więc wystarczy mały korek co kilka przecznic, by spowolnić tramwaj na dobre. To samo dotyczy autobusów.

Kolejną rzeczą, którą powinniście wiedzieć jest to, że komunikacja miejska nie ma tutaj rozkładu jazdy, a przynajmniej takowy nie jest upubliczniony. Na darmo możecie szukać rozkładu na przystankach. Jedyne z czego możecie skorzystać to tablice (na stacjach metra i niektórych przystankach) oraz aplikacje na telefon, z których dowiecie się kiedy mniej więcej przybędzie następne metro/tramwaj/autobus.


  1. Teoretycznie 4 sezony, ale w praktyce tylko 2.

W Ontario oficjalnie rozróżniane są cztery pory roku, jednak że w praktyce mamy tylko zimę i lato. Wiosny, która jest moją ulubioną porą roku w tej części Kanady praktycznie nie ma. W dosłownie przeciągu kilku dni, ze śniegu i mrozów, stolica Ontario od razu przechodzi do temperatur powyżej 20 stopni Celsjusza. Z kolei po lecie następuje 2-3 tygodniowa jesień i nadchodzi mroźna, wielomiesięczna zima.


  1. Ceny mieszkań i domów.

Ceny nieruchomości w Toronto, obok Vancouver są najwyższymi w całej Kanadzie. Dotyczy to zarówno wynajmu jak i kupna.

Dlatego nie dziwi tutaj nikogo, że młodzi ludzie z oszczędności (no i wygody, nie oszukujmy się) mieszkają ze swoimi rodzicami bardzo długo.


  1. Jedzenie.

Tak jak wspomniałam, ta wielokulturowość Toronto ma wiele plusów, a jednym z największych jest – jedzenie. Dzięki temu, że miasto jest mieszanką kultur z całego świata, dostęp do nawet najbardziej egzotycznych kuchni i smaków jest tutaj na wyciągnięcie ręki.

Możecie zjeść śniadanie w amerykańskim stylu, lunch po grecku, a kolację meksykańską.


  1. Kawiarnie.

Dobra kawa to coś co kocham najbardziej na świecie. A jeśli do tego dodamy klimatyczny i oryginalny wystrój, dobrą muzykę i może jeszcze dobre ciasteczko – to oddaje całe swoje serducho.

Na szczęście w Toronto roi się od świetnych kawiarni z wyśmienitą kawą. I znowu – kawą z całego świata. Najbardziej fascynujące jest to, że odwiedziłam już naprawdę wiele kawiarni, a i tak za każdym razem odkryję jakąś nową, w której jeszcze nie byłam.


  1. Drogie podróżowanie.

To jest niestety największy ból każdej osoby, która zdecydowała się emigrować do Kanady, a wcześniej kochała podróże. Rozpieszczona tanimi lotami w Europie i USA, przeżyłam szok gdy po przylocie do Kanady zaczęłam planować pierwszą wycieczkę. Drogie loty i bilety autobusowe oraz kolejowe to niestety rezultat ogromnych odległości. Niejednokrotnie taniej jest znaleźć bilet na lot do Londynu, aniżeli do Vancouver.

Ale, hej! Jeśli już zainwestujecie w podróże po Kanadzie to nie pożałujecie ani jednego wydanego na to dolara. Kanada jest ogromnym, przepięknym i nadal nieodkrytym państwem. Góry, jeziora, fauna i flora są magiczne. Zakochacie się. I jak już raz się wybierzecie na odkrywanie kraju klonowego liścia to nigdy nie będzie chcieli przestać.


  1. Alkohol.

Mój ulubiony temat. Ograniczony dostęp do alkoholu, był kolejnym szokiem zaraz obok wielokulturowości, który uderzył nas tuż po przylocie. Wtedy jeszcze, trzy lata temu alkohol można było kupić tylko i wyłącznie w specjalnych sklepach monopolowych (Beer Store, LCBO) w ściśle wyznaczonych godzinach. Pamiętam, że w głowie mi się nie mieściło, że w sobotni wieczór nie mogę kupić piwa, bo jest już po 21! Na szczęście teraz się to zmienia i niektóre supermarkety również otrzymały pozwolenia na sprzedaż alkoholu.

Kolejny szok – last call. Idąc do baru czy klubu, prędzej czy później spotkacie się z tzw. last call, czyli ostatnią szansą na zakup alkoholu przed zamknięciem baru. Pewnie myślicie sobie, że taki last call jest około 5 nad ranem? Nic bardziej mylnego! Godziny są regulowane prowincjonalnie, i tak np.w Ontario last call jest o 1:45, czyli dokładnie 15 minut przed zamknięciem baru. Po godzinie 2 w nocy sprzedaż alkoholu jest zakazana.

I taka ciekawostka: w Kanadzie, by sprzedawać czy serwować alkohol trzeba posiadać specjalną licencję, czyli smart serve. By taka licencję zdobyć trzeba zaliczyć krótki kurs online zakończony egzaminem.


  1. Marihuana.

17 października 2018 roku Kanada zalegalizowała rekreacyjnie marihuanę i od tego momentu cannabis stores zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Obecnie spacerując ulicami Toronto można zauważyć jak bardzo ilość tych sklepów rośnie z miesiąca na miesiąc. W promieniu 15 minut spacerkiem od miejsca, w którym mieszkam doliczyłam się aż pięciu sklepów. To więcej niż ilość sklepów z alkoholem.


  1. LGBTQ.

W światowym rankingu miast przyjaznych LGBTQ (Lesbian, gay, bisexual, transgender and queer), Toronto zajmuje trzecie miejsce tuż po Madrycie i Amsterdamie. Przechadzając się jego ulicami można zauważyć wiele tęczowych flag oraz transparentów.

Co roku w czerwcu odbywa się tutaj jedna z największych Pride Parade na świecie. W 2017 roku sam premier Justin Trudeau wziął udział w paradzie, co oczywiście później znalazło się na językach całego świata.


  1. Groupon – must have.

Nie oszukujmy się. Toronto jest obok Vancouver najdroższym miastem w Kanadzie. Dlatego warto zaprzyjaźnić się z Grouponem, czyli stroną która oferuje produkty, usługi, rozrywki itp. w obniżonych cenach. Dzięki tej stronie taniej zjemy kolację w dobrej restauracji, spędzimy miło czas na mini golfie, w galerii sztuki lub wraz z przyjaciółmi uciekniemy z Escape Roomu.


  1. Unikaj Dundas Square.

Dundas Square to taki Times Square w Toronto. Turyści go kochają, mieszkańcy niekoniecznie.

Pamiętam moją pierwszą wizytę w tym mieście, było to jeszcze w czasie gdy byłam au pair w USA i do Kanady przyleciałam żeby zobaczyć Niagarę od strony Kanadyjskiej. Oczywiście wylądowałam wtedy na Dundas Square. Wtedy zrobiło na mnie spore wrażenie. A teraz, po trzech latach mieszkania w tym mieście, planuję swoje wizyty w centrum tak by raczej uniknąć tego miejsca. Teraz wiem, że jest to jedno z mniej bezpiecznych miejsc w Toronto. Roi się tu od osób bezdomnych i uzależnionych od wszelakich używek. Łatwo tam również paść ofiarą kieszonkowców.

Tuż przy tym skrzyżowaniu znajduje się TPH Supervised Injection Services, czyli miejsce gdzie osoby uzależnione od narkotyków mogą się udać, by z pomocą wykwalifikowanej pielęgniarki, w sanitarnych warunkach wstrzyknąć sobie dawkę. Wiem, brzmi bardzo kontrowersyjnie, ale miejsce to ma na celu zapobieganie przedawkowaniom oraz rozprzestrzenianiu się HIV i innych chorób zakaźnych. Nie, w tym miejscu osoby uzależnione nie zaopatrują się w narkotyki. Zaopatrują się z kolei w jednorazowe strzykawki, otrzymują  również pomoc od wykwalifikowanego personelu i mogą korzystać z pomocy psychologa.


  1. Narcity & Blogto.

Narcity oraz blogto to będą Twoje stałe lektury tuż po przyjeździe do Toronto. To z nich dowiesz się o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych, tam znajdziecie rekomendacje, gdzie najlepiej zjeść i to również tam zainspirujecie się co i gdzie zobaczyć w najbliższej okolicy.

Wyspa Księcia Edwarda – śladami Ani z Zielonego Wzgórza.

Wyjeżdżając do Kanady towarzyszyło mi wiele strachu, wątpliwości i niewiadomych. Jednak jedna rzecz była pewna: nie zamierzałam wyjechać z Kanady bez odwiedzenia Wyspy Księcia Edwarda (Prince Edward Island). Wiedziałam, że nawet jeśli w Kanadzie mi nie wyjdzie i będzie mi dane wracać z przysłowiowym podkulonym ogonem za miesiąc, czy dwa to zanim wsiądę na pokład samolotu powrotnego do Polski, zobaczę Wyspę, z której pochodzi moja ulubiona postać książkowa z dzieciństwa – Ania „nie Andzia” Shirley.

Postać rudowłosej sieroty z Zielonego Wzgórza towarzyszy mi od moich ósmych urodzin. Dokładnie pamiętam jak moja mama wręczyła mi książkę z różową okładką, z której uśmiechała się do mnie dziewczynka z włosami koloru pomarańczowego. Do dziś regularnie wracam do książek i filmów, a podróż na Wyspę Księcia Edwarda to zawsze było wspólne marzenie mojej mamy i moje. Ja je spełniłam dokładnie dwa lata temu. Teraz tylko czekam, aż sytuacja pandemiczna na świecie się unormuje i razem spełnimy marzenie mojej mamy.


Podróż autobusem z Quebec City do Charlottetown to wyższa szkoła jazdy. Niestety, nie ma bezpośrednich autobusów i trzeba się kilkakrotnie przesiadać. Oczywiście, możecie wybrać opcję lotniczą, jednakże wtedy musicie się liczyć z wyższymi kosztami. Moim założeniem w trakcie podróży, było zobaczyć jak najwięcej za jak najmniejsze pieniądze. Dlatego też zdecydowałam się na podróż autobusem.

Tak dokładnie wyglądała moja trasa:

Quebec City -> Riviere Du Loup – 2.5 godziny jazdy.

Riviere Du Loup -> Moncton, Nowa Szkocja– 9 godzin.

Do Moncton dotarłam późnym wieczorem i tam też musiałam nocować, ponieważ kolejny autobus odjeżdżał rano następnego dnia. Zatrzymałam się w Université de Moncton i za jedną noc zapłaciłam 74CAD. Oprócz kilku przygód typu jak dostać się w nocy do hotelu bez korzystania z Ubera (w Moncton Uber nie działa, a przynajmniej tak było dwa lata temu) wszystko było w jak najlepszym porządku. Hostel znajdował się na kampusie uniwersyteckim, był bardzo przyzwoity, a śniadanie, które było wliczone w cenę było bardzo smaczne.

Moncton -> Amherst – 1 godzina jazdy.

Amherst -> Charlottetown, Wyspa Księcia Edwarda – 2 godziny.

Podsumowując, pierwszego dnia spędziłam prawie 12 godzin w podróży, a drugiego „zaledwie” 3.

W związku z tym, że przemieszczałam się głównie autobusami, zwiedzanie Wyspy Księcia Edwarda było dość ograniczone. Niestety, opcja wypożyczenia samochodu odpadała – moje polskie prawo jazdy nie było już ważne w Kanadzie. Przylatując z międzynarodowym prawem jazdy (które notabene wyrabiacie w Polsce, w Wydziale Komunikacji) musicie pamiętać, że jest ono ważne tylko przez krótki okres czasu. To jak długo, zależy od prowincji. W Ontario na takim dokumencie można jeździć przez dwa miesiące. Potem trzeba wyrabiać kanadyjskie prawo jazdy. 


Zatrzymałam się w stolicy prowincji, czyli Charlottetown. Już w drodze do hotelu przekonałam się jak bardzo wyjątkowe jest to miejsce. Maszerując żwawo do hostelu, ze sporych gabarytów plecakiem na plecach zwróciłam uwagę starszego Pana, który życzliwie zapytał mnie, czy potrzebuję pomocy z dotarciem do celu. Nie zgubiłam się i wiedziałam w którym kierunku mam iść, ale powiedziałam mu dokąd idę. Ten z uśmiechem na ustach odpowiedział, że idzie w tą samą stronę, może mi potowarzyszyć i opowiedzieć co nieco o Wyspie. Zgodziłam się, bo tak szczerego i przyjaznego uśmiechu u obcej osoby chyba nigdy jeszcze nie widziałam. W trakcie krótkiego spaceru dowiedziałam się kilku ciekawostek o lokalnej społeczności, Charlottetown oraz Lucy Maud Montgomery. Oh, jak bardzo ten mały ukłon życzliwości mnie uszczęśliwił. Wyspa, którą od dziecka idealizowałam jest w rzeczywistości naprawdę bardzo wyjątkowa.

Nocowałam w HI Charlottetown Backpackers Inn i byłam zachwycona! To był zdecydowanie jeden z moich ulubionych hosteli jak do tej pory. Koszt za 3 noce w środku sezonu wyniósł 120CAD. To naprawdę bardzo mało, a warunki były świetne!

Charlottetown to miasto liczące około 36 tysięcy mieszkańców. Jak możecie się zatem domyślić daleko mu do wielkomiejskości Toronto czy Vancouver. I dobrze!

Spacerując uliczkami miasta przez cztery dni miałam okazję przekonać się, że mieszkańcy Wyspy są niesamowicie życzliwi i rozmowni. Nie jestem w stanie zliczyć z iloma przypadkowymi „tubylcami” miałam okazję rozmawiać w sklepie, kawiarni, parku, czy nawet przystanku autobusowym.

Samo miasteczko jest bardzo urocze. Zresztą zobaczcie sami na zdjęciach poniżej.


Cavendish to był zdecydowanie mój ulubiony punkt wycieczki! To tam znajduje się wiernie odtworzone Zielone Wzgórze, Las Duchów oraz pozostałości po domu, w którym mieszkała autorka powieści.

Do Cavendish z Charlottetown dostałam się specjalnym busem. Rozkład oraz cennik możecie znaleźć tutaj. Jestem osobą, która w trakcie podróży wstaje bladym świtem, w przekonaniu, że jeśli pośpię ekstra godzinę, czy dwie stracę tak wiele z mojego cennego czasu w danym miejscu. Dlatego też oczywiście swój bilet zarezerwowałam na pierwszą możliwą godzinę poranną. Byłam pewna, że do Green Gables Heritage Place dostanę się jeszcze przed dzikimi tłumami. Na miejsce dotarłam przed 9 i już kilka osób stało w kolejce do kas (kasy otwierane są o 9). Pamiętam, że wstrzeliłam się czasowo idealnie! Tuż po mnie podjechało kilka dużych autobusów, z których wytoczyły się tłumy turystów. Na szczęście, ja już czekałam na przodzie kolejki.

Po zakupie biletu (cena za dorosłego to 8$, czyli nic wygórowanego) przeniosłam się w czasie. Naprawdę. Kto był ten wie o czym mówię.

Byłam zachwycona przede wszystkim dlatego, że Zielone Wzgórze zostało odzwierciedlone bardzo realistycznie i skromnie. Nie było przepychu, przesady, wszystko było wręcz minimalistycznie idealne. Tylko spójrzcie!

Przybycie na miejsce skoro świt się opłaciło. Mogłam nie tylko zrobić zdjęcia bez wielkich tłumów robiących za tło, ale również weszłam do środka domu Ani z marszu. Natomiast, gdy już z niego wychodziłam moje oczy ujrzały sporej długości kolejki.

W środku domu Cuthbertów również postawiono na  skromność i autentyczność.

Po zobaczeniu Zielonego Wzgórza od środka, skierowałam się w stronę Lasu Duchów. Wydeptaną ścieżką przeszłam około kilometra i dotarłam do The Site of Lucy Maud Montgomery’s Cavendish Home, czyli miejsca gdzie kiedyś stał dom dziadków pisarki. To tam spędziła ona 37 lat swojego życia i to tam właśnie powstała bestsellerowa powieść o Ani. Warto wiedzieć, że wstęp na ten teren jest płatny i nie jest on wliczony w cenę biletu na Zielone Wzgórze.

Po zwiedzeniu całej okolicy Zielonego Wzgórza wybrałam się spacerkiem do stworzonej nieopodal wioski na wzór Avonlea. To miejsce niestety nie wzbudziło mojego wielkiego zainteresowania, aczkolwiek będąc w okolicy, warto się zatrzymać.

Kolejne swoje kroki skierowałam na plażę. W końcu chciałam zobaczyć na własne oczy te słynne, piękne wydmy.

Wieczorem wracając do Charlottetown przeglądałam zdjęcia, które zrobiłam tego dnia i już wiedziałam, że ciężko będzie mi zasnąć tej nocy. Czułam się jak dziecko po całym dniu w parku rozrywki: zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.


O przedstawieniu „Ania z Zielonego Wzgórza” dowiedziałam się właściwie po dotarciu do Charlottetown. Plakaty obwieszczające musical kusiły na każdym kroku i nie mogłam się powstrzymać.

Bilet kupiłam w przeddzień przedstawienia za 80CAD. Nie było zaskoczeniem, że większość sali wypełniona była dziewczynkami w wieku 8-12 lat wraz z mamami. Wszystkie one, ze mną na czele, siedziały wbite w fotele, z szeroko otwartymi oczami i dreszczami na ciele.

Sztuka sama w sobie była bardzo przyjemna, dobrze zagrana i wiernie odzwierciedlająca książkę. Zdecydowanie wydarzenie warte swojej ceny.


Ha! Założę się, że kiedy słyszycie Wyspa Księcia Edwarda to do głowy przychodzi Wam tylko rudowłosa Ania. A powinniście wiedzieć, że Wyspa słynie z ziemniaków! PEI rocznie produkuje średnio 2.5 biliona pounds (lb) tego warzywa i jest głównym importerem na terenie Kanady.

Wyspa ma świetne warunki do uprawy ziemniaków. Czerwona ziemia, bogata w żelazo oraz odpowiednia wilgotność tworzą idealne środowisko do upraw.

Dlatego, będąc na Wyspie koniecznie spróbujcie frytek oraz homara, z którego PEI również słynie i jest bardzo dumne.

Byłabym zapomniała! Do rzeczy, których koniecznie trzeba spróbować na Wyspie dodajcie lody Cow’s. Zostały one kilkakrotnie okrzyknięte najlepszymi lodami i słusznie!


A na zakończenie taka ciekawostka, którą usłyszałam od starszego Pana w moim pierwszym dniu na Wyspie. Mieszkańcy PEI, wcale nie są dumni z książki i pisarki, która przyniosła im sławę na cały świat. Podobno są zmęczeni turystami, którzy przyjeżdżają na Wyspę tylko i wyłącznie dla Zielonego Wzgórza. Dla nich Wyspa to przede wszystkim przepiękne widoki, natura oraz jej zasoby, a nie fikcja stworzona ponad 100 lat temu.

No cóż, osobiście uważam, że takie podejście jest trochę niesprawiedliwe. W końcu turystyka na Wyspie jest nadal w dużej mierze napędzana przez rzesze fanów Ani oraz L.M.Montgomery. Ale co ja tam wiem. Bez wstydu mogę się przyznać, że zaliczam się do tego grona turystów, których do wizyty na Wyspie Księcia Edwarda skłoniła właśnie miłość oraz sentyment do Ani z Zielonego Wzgórza.

Top 10 turystycznych miejsc w Toronto.

Kolejny post miał być o przygotowaniach do testu CELPIP, czyli testu z języka angielskiego. Jednak w obliczu tego co się teraz dzieje na świecie pomyślałam, że bardziej przyjemnym tematem będzie Toronto i jego turystyczne atrakcje. A konkretniej – dziesięć moich ulubionych atrakcji turystycznych. Bez znaczenia czy wybieracie się do Toronto turystycznie czy imigracyjnie, a może nie wybieracie się w ogóle – chciałam Wam po prostu pokazać moje miasto.

1. CN Tower

Nowy Jork ma Empire State Building, Chicago ma Willis Tower, a my mamy CN Tower. Wysoka na ponad 550 metrów wieża widnieje na większości pocztówek i przyciąga turystów jak magnes. Chyba nie ma popularniejszej atrakcji turystycznej w mieście niż ta.

Za $39 możecie wjechać na wysokość 112 i 113 piętra, a dopłacając $15 możecie wjechać na 147 piętro, czyli tzw. SkyPod.

CN Tower ma w swojej ofercie również coś dla śmiałków. Za nieco ponad $200 możecie spróbować Edge Walk, czyli spaceru po krawędzi wieży na wysokości 116 piętra.

A jeśli szukacie atrakcji dla podniebienia to warto zjeść w 360 The Restaurant, czyli restauracji znajdującej się na 115 piętrze. Z restauracji rozpościera się niesamowity widok na miasto.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

2. Toronto Island

To zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc w Toronto. Pozwala na oderwanie się na chwilkę od zgiełku wielkiego miasta.

Toronto Islands to kilka małych wysepek na Jeziorze Ontario. Dotrzeć tam można w zaledwie 10 minut promem z centrum miasta. Z Central Island rozciąga się imponujący widok na panoramę Toronto. Możecie wypożyczyć rowery i przemierzyć wyspę pedałując. Jeśli zabierzecie ze sobą koc i coś pysznego do jedzenia, macie idealne warunki do pikniku. A jeśli szukacie rozrywki, to Centreville jest świetnym miejscem na spędzenie wolnego popołudnia.

Prom odpływa z Jack Layton Ferry Terminal (nieopodal krzyżowania Yonge Street i Queens Quay). Koszt biletu to około 8CAD.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

3. Gooderham Building

Gooderham Building to zdecydowanie mój numer jeden wśród budynków do fotografowania w Toronto. Uwielbiam jego strukturę, jego schody przeciwpożarowe i kolor, ale przede wszystkim uwielbiam go chyba za to, że tak bardzo przypomina mi nowojorski Flat Iron!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

4. Berczy Park

Malutki placyk, znajdujący się tuż obok Gooderham Bulding przyciąga turystów i miejscowych. A co jest takiego specjalnego i wyjątkowego w tym parku? Bardzo oryginalna fontanna! Zobaczcie sami poniżej.

W trakcie mojego pierwszego roku na IEC W&H uwielbiałam spędzać popołudnia siedząc na jednej z ławeczek, popijając kawę i obserwując ludzi.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

5. Distillery District

A skoro nadal pozostajemy w okolicy dzielnicy finansowej to Distillery District jest niepodważalnym must to see będąc w Toronto.

Kompleks restauracji, sklepów i galerii sztuki przerobiony ze starej destylarnii Gooderham and Worts to taki Brooklyn Nowego Jorku. Miejsce hipsterskie i zwykle oblegane siedem dni w tygodniu. Przez cały rok organizowane są tam ciekawe wydarzenia kulturalne, a w zimie największy i najbardziej popularny Jarmark Świąteczny.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

6. Kensington Market

Kolejne hipsterskie miejsce na mapie Toronto. Kensignton Market albo się kocha, albo nienawidzi. Jedno jest jednak pewne – znajdziecie tam pyszne jedzenie! Od popularnej Wanda’s Pie in the Sky gdzie rozpłyniecie się nad ciastami i tortami, których nie powstydziłyby się Wasze mamy i babcie. Poprzez pyszne chilijskie empanadas w Jumbo Empanadas – uwaga (!) zaakceptowane i polecone przez rodzimych mieszkańców Chile. Aż po nieziemsko meksykańskie tacos w Seven Lives.

Zdjęć niestety brak , bo jakoś tak nigdy nie było okazji do fotografowania. Wstyd się przyznać, ale jedzenie zawsze dominowało moje wizyty w Kensington Market.

7. Allan Gardens.

To miejsce jest warte odwiedzenia o każdej porze roku, ale szczególnie polecane jest jesienią i zimą, kiedy za oknem deszcz, plucha i zawierucha. Ta szklarnia po brzegi wypełniona egzotycznymi (i nie tylko) roślinami przeniesie Was w zupełnie inne miejsce.

Allan Gardens jest otwarte przez 365 dni w roku, a wstęp jest zupełnie darmowy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

8. Queen Street

A teraz czas i na nią – moją ulubioną ulicę w Toronto. Queen Street ciągnie się przez 14 kilometrów łącząc wschodnią część Toronto z zachodnią. Od dzielnicy Roncesvalles, która tak na marginesie jest kojarzona jako polska dzielnica, poprzez samo centrum, aż po okolicę The Beaches. Lubię tą ulicę przez całe 14 kilometrów. Niektóre odcinki są ładniejsze, niektóre brzydsze, ale wszystkie są bardzo ciekawe!

Niestety na chwilę obecną nie mam wielu zdjęć Queen Street i z wiadomych powodów nie mogę tak po prostu ruszyć w miasto i nadrobić tą zaległość. Obiecuję jednak, że jak tylko całe to szaleństwo związane z Koronawirusem się skończy, wybiorę się na wycieczkę z aparatem od wschodu po zachód Queen Street, a relację zamieszczę na Instagramie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

9. Riverdale Park East.

Ten park po wschodniej części miasta znany jest przede wszystkim z całkiem niezłego widoku na panoramę Toronto. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, ten widok z pewnością jest Wam dobrze znany.

Świetne miejsce na pierwszą randkę, piknik, zabawy z psem czy rundkę gry w Frisbee. Możecie również skorzystać z basenu, boiska do baseballu czy kortu tenisowego.

W zachodniej części parku znajduje się Riverdale Farm, czyli takie mini zoo ze zwierzętami typowymi dla gospodarstwa domowego m.in. kury, świnie i konie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

10. Black Creek Pioneer Village.

Niby ostatni na liście, ale wcale nie taki ostatni pod względem mojej sympatii jest Black Creek Pioneer Village. Ja po prostu uwielbiam odwiedzać miejsca, które przenoszą nas w czasie, a ta wioska na północy Toronto spełnia tą funkcję wzorowo.

Wiosną i jesienią to popularne miejsce do organizowania wycieczek szkolnych, a latem to świetne miejsce dla rodzin z dziećmi na jednodniową wycieczkę edukacyjną. W okresie Halloween w ciągu dnia organizowane są trick or treat dla dzieci, a nocą mrożące krew w żyłach atrakcje dla dorosłych – m.in. Haunted Walks czy Escape Rooms.

O! Nie zapominajmy o Bożym Narodzeniu! W wiosce możecie spędzić okres świąteczny w magicznej atmosferze!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

I to by było moje top 10 miejsc w Toronto, które warto zobaczyć. Kiedyś przyjdzie czas na top 10 niezbyt popularnych wśród turystów, a z pewnością wartych odwiedzenia miejsc w Toronto.

Następnym razem opowiem o przygotowaniach do CELPIP i o tym jak ten egzamin dokładnie wygląda. Jeśli macie jakieś konkretne pytania dotyczące tego egzaminu możecie je zadawać w pytaniach pod tym wpisem lub na Instagramie @florentynavsworld.

International Experience Canada

W poprzednim wpisie opisałam jak skorzystałam z programu Au Pair i przez rok mieszkałam w Stanach Zjednoczonych. Tym razem postaram się opowiedzieć o tym jak znalazłam się w Kraju Klonowego Liścia.

Otóż po powrocie z USA bardzo długo nie mogłam się przyzwyczaić do polskiej rzeczywistości. Czułam się nieszczęśliwa. W trakcie mojego pobytu w Stanach zmieniłam się ja, zmieniły się moje potrzeby, ale przede wszystkim zmieniło się moje postrzeganie otoczenia, w który żyłam przez 23 lata. Szybko zrozumiałam, że muszę ponownie gdzieś wyjechać. Nie pamiętam jak i gdzie, ale znalazłam informację o możliwości wyjazdu do Kanady dzięki programowi IEC ( International Experience Canada). Postanowiłam spróbować szczęścia, wypełniłam aplikację i znalazłam się w puli osób oczekujących na zaproszenie do aplikowania o Working Holiday.

Zostałam wylosowana bardzo szybko. Szybciej niż się tego spodziewałam. Nie byłam gotowa, nie miałam odłożonych funduszy i po części chyba też zwątpiłam, że jestem w stanie ponownie wszystko porzucić i wyjechać do całkiem mi nowego miejsca, nie znając kompletnie nikogo, nie mając zagwarantowanego mieszkania i pracy. Dlatego też odrzuciłam wtedy moje zaproszenie. Nie porzuciłam jednak całkowicie myśli o wyjeździe. To było latem 2016 roku. Jesienią wyjechałam do pracy do Holandii i zaczęłam namawiać przyjaciółkę na wyjazd razem ze mną do Kanady. W listopadzie jak tylko nowa pula na rok 2017 została otwarta obie wysłałyśmy swoje aplikacje. W marcu 2017 roku, po złożeniu wszystkich niezbędnych dokumentów dostałyśmy tzw. letters of acceptance. Wszystko potoczyło się dość szybko.

A teraz ważna informacja: bardzo często spotykam się z pytaniem, czy jeśli odrzucicie/ nie wypełnicie na czas zaproszenia to czy to automatycznie skreśla Wasze szanse w losowaniu na kolejny rok. Otóż nie, to nie skreśla Waszych szans i ja jestem tego przykładem. Odrzuciłam zaproszenie w 2016 roku i zaraz na początku 2017 roku zostałam ponownie wylosowana.

Czym właściwie jest IEC?

International Experience Canada to program dzięki, któremu młodzi ludzie ( do 35 roku życia) mogą wyjechać do Kanady i podjąć tam pracę na okres jednego roku. IEC jest podzielone na trzy kategorie: Working Holiday, Young Professional oraz International Co-Op. Pozwolenie na pracę, które otrzymacie w ramach Working Holiday jest otwarte, co oznacza tyle, że możecie pracować gdziekolwiek chcecie i możecie zmieniać pracodawcę tak często jak tylko chcecie. Inaczej to wygląda jeśli otrzymacie pozwolenie na pracę w ramach YP lub Co-op, które jest ograniczone. Przy aplikowaniu na te dwie kategorie, będzie musieli mieć już ofertę pracy (lub intership) i przez cały okres trwania programu możecie pracować tylko i wyłącznie dla jednego pracodawcy.

Jak to wszystko wygląda od strony formalnej?

Najpierw wypełniacie krótką ankietę (tutaj) na stronie Immigration, która ma za zadanie pokrótce zweryfikować, czy kwalifikujecie się na IEC: Working Holiday, Young Professional lub Co-op. Po jej wypełnieniu otrzymacie kod referencyjny, który musicie zachować, a następnie podać podczas zakładania konta IRCC (tutaj). Przy zakładaniu konta podajecie swoje podstawowe dane. Zajmuje to zaledwie kilka do kilkunastu minut i nie jest niczym skomplikowanym. Po założeniu konta zostajecie dodani do puli osób, które wezmą udział w losowaniu zaproszeń. Po tym kroku nie pozostaje Wam nic innego jak jedynie czekać na list z IRRC, że zostaliście wylosowani.

Strona IRCC otwiera rejestrację zazwyczaj w listopadzie/grudniu (np. rejestracja na rok 2020 została otwarta w grudniu 2019) a pierwsze losowanie odbywa się w styczniu/lutym. Każdy rok różni się trochę od poprzedniego pod względem dat, więc to musicie sobie śledzić na bieżąco na stronie IRCC. Jeśli chodzi o IEC do Kanady to w przeciwieństwie do Australii czy Nowej Zelandii kolejność zgłoszeń nie ma większego znaczenia. Kto dostanie zaproszenie zależy tylko i wyłącznie od Waszego szczęścia i maszyny losującej. Oczywiście zwiększacie swoje szanse na otrzymanie zaproszenia jeśli dołączycie do puli jak najwcześniej (bierzecie udział w większej liczbie losowań co automatycznie zwiększa Wasze szanse). Ale, nie jest to reguła. Moja koleżanka dołączyła do puli tuż przed ostatnim losowaniem w 2018 roku, gdzie było zaledwie kilka zaproszeń do rozdania, a i tak je otrzymała.

Dostaliście szczęśliwy list od IRCC informujący Was, że zostaliście zaproszeni do aplikowania o IEC i co dalej?

Macie 10 dni żeby to zaproszenie przyjąć, lub odrzucić. Następnie macie 20 dni na wypełnienie aplikacji i dostarczenie wszystkich wymaganych dokumentów.

Poniżej znajdziecie listę dokumentów, o które zostaniecie poproszeni.

  • Skan paszportu – strona ze zdjęciem i Waszymi danymi oraz strony na których znajdują się pieczątki z Waszych poprzednich podróży zagranicznych, a także wizy, jeśli je macie.
  • CV w języku angielskim (bądź francuskim).
  • Zaświadczenie o niekaralności – oczywiście w języku angielskim (bądź francuskim). Powinniście załączyć zaświadczenia o niekaralności ze wszystkich krajów, w których przebywaliście ponad 6 miesięcy, po ukończeniu 18 lat. Ja załączałam do mojej aplikacji aż trzy zaświadczenia o niekaralności: polskie, amerykańskie oraz belgijskie.

Zaświadczenie z Polski możecie zdobyć w Sądach Rejonowych. Pamiętajcie, że IRCC nie akceptuje elektronicznych wersji, tylko tradycyjne „papierowe”. Jeśli zdobędziecie takie zaświadczenie w języku polskim musicie je przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego. Koniecznie dołączcie do aplikacji skan wersji polskiej oraz angielskiej.

Uwaga! Od niedawna Sądy w Polsce wydają również zaświadczenia o niekaralności w języku angielskim. Jest wyraźnie zaznaczone, że jest to wyłącznie na potrzeby Unii Europejskiej i jest tylko akceptowane w jej granicach. Jednakże, ja załączyłam takie zaświadczenie do mojej drugiej IEC wizy (YP w 2019 roku) i zostało zaakceptowane! Także warto spróbować.

Z kolei zaświadczenie o niekaralności z USA wymaga trochę więcej zaangażowania. Musicie wypełnić wydrukowany formularz, zrobić odciski palców (ja ubłagałam Panów policjantów na komisariacie o pomoc, ale wierzcie mi nie jest to łatwe!), uiścić opłatę (będzie potrzebny dowód wpłaty!) i następnie wysłać to na podany tutaj adres. Zaświadczenie dostaniecie pocztą. Trwa to zazwyczaj około dwóch do trzech miesięcy. Dlatego jeśli myślicie o wyjeździe postarajcie się otrzymać takie zaświadczenie wcześniej, nawet zanim dostaniecie zaproszenie do aplikowania.

Dla tych, którzy potrzebują zaświadczenia o niekaralności z Belgii – nie ma nic prostszego. Musicie jedynie napisać e-mail z prośbą o wydanie takiego zaświadczenia. Będziecie musieli do niego załączyć skan dowodu tożsamości. Zaświadczenie, które jest darmowe powinniście dostać pocztą w ciągu trzech – czterech tygodni. Więcej informacji znajdziecie tutaj.

  • Zdjęcie.
  • Family information – jest to formularz zawierający informacje dotyczące Waszej najbliższej rodziny.
  • Biometrics – odciski palców, które będziecie musieli wykonać po uiszczeniu opłaty. Jest to wymóg nowy. Tutaj nie będę zbyt pomocna jeśli aplikujecie z Polski. Ja swoje biometrics musiałam załączyć dopiero aplikując o moje drugie IEC, a aplikowałam z Kanady, więc wyglądało to trochę inaczej. Na chwilę obecną aplikujący o IEC znajdujący się na terenie Kanady niestety nie mogą zrobić biometrics w Kanadzie, trzeba opuścić kraj. Ja udałam się do Buffalo w USA , które jest najbliżej Toronto.

Jeśli aplikujecie o YP lub Co-op będziecie musieli dodatkowo załączyć list z ofertą pracy wystawiony przez Waszego przyszłego pracodawcę. Pracodawca musi założyć konto (Employer Portal) oraz zapłacić $230 Employer Compliance Fee. Po uiszczeniu tej opłaty, Wasz pracodawca otrzyma numer referencyjny, który będziecie musieli podać w trakcie wypełniania Waszej aplikacji.

Ile kosztuje aplikacja?

Po wypełnieniu aplikacji i załączeniu wszystkich wymaganych dokumentów będziecie musieli uiścić opłatę:

Working Holiday – $253 (wiza oraz work pemit). Dodatkowo musicie zapłacić $85 za biometrics. Następnie czekacie na list z IRCC z którym będziecie musieli się udać po biometrics. Niestety nie można zrobić biometrics wcześniej, trzeba czekać na list.

Young Professionals i Co-op – $153 plus $85 biometrics.

Po wykonaniu biometrics nie pozostaje nic innego jak czekać na Letter of acceptance. IRCC ma 8 tygodni na rozpatrzenie aplikacji. Czasami trwa to krócej, czasami troszkę dłużej. Jeśli otrzymacie Letter of acceptance macie aż rok na wjazd do Kanady.

Wjazd do Kanady i aktywacja work permit.

Poniżej znajdziecie listę dokumentów, które powinniście mieć przy sobie, po przylocie do Kanady, by przedłożyć je celnikowi:

  • Letter of acceptance – najważniejszy dokument zaraz po paszporcie!
  • Ubezpieczenie na cały pobyt. Opcji ubezpieczenia jest wiele. Jeśli szukacie najtańszych opcji, sprawdźcie Planetę Młodych lub ISIC. Do mojej pierwszej wizy Working Holiday wykupiłam Planetę Młodych, a do mojej drugiej wizy ISIC. Obie opcje są bardzo tanie i niestety prawdopodobnie niezbyt użyteczne w sytuacjach krytycznych. Ja na szczęście nigdy nie musiałam skorzystać z ubezpieczenia.

Uwaga! Planeta Młodych zmieniła swoją politykę i od niedawna, nawet jeśli opłacicie ubezpieczenie na cały rok to będzie ono ważne tylko przez 6 miesięcy. Jeśli jednak wrócicie do Polski i wyjedziecie ponownie, wtedy ubezpieczenie obowiązuje od nowa.

Na temat ubezpieczenia planuję osobny wpis, również dotyczący OHIP (Ontario Health Insurance Plan), który może być przydatny dla tych, którzy zamierzają spędzić IEC w Ontario.

  • Poświadczenie z banku – musicie mieć na koncie równowartość $2500.
  • Bilet powrotny lub środki pieniężne na jego zakup. Ja nigdy nie zostałam zapytana o mój bilet powrotny.
  • Kopie wszystkich dokumentów, które załączyliście na aplikacji.

Gdy aktywowałam swoje Working Holiday, a później również YP, zostałam poproszona jedynie o Letter of acceptance, paszport, wyciąg z konta w banku oraz ubezpieczenie. Swoje working holiday aktywowałam na lotnisku w Toronto, z kolei YP na granicy w Niagara Falls. W tym drugim przypadku robiłam tak zwane flagpole, które pozwala na aktywację IEC w wypadku, gdy aplikujecie z Kanady i nie chcecie opuszczać kraju. Jeśli ktoś z Was będzie korzystał z tej opcji możecie śmiało zadawać pytania, postaram się odpowiedzieć jak najlepiej potrafię!

W kolejnym poście postaram się opisać, co powinniście zrobić po przylocie, gdzie udać swoje pierwsze kroki i jak nie dać się zwariować w tym całkiem innym świecie.